Cate przespała całą noc bez problemu. Rankiem wzięła prysznic, wyprała swoje rzeczy i zeszła do jadalni. Na stole było naszykowane śniadanie dla dwóch osób, choć na bocznym stole była przygotowana zastawa dla większej ilości gości. Dziewczyna usiadła do stołu przy jednej z przygotowanych i zaczęła posiłek, a po chwili doszedł Balthasar.
- Jak się spało? – zapytał.
- Nadzwyczaj dobrze – odparła Cate – chociaż ciągle nie daje mi spokoju to, co mi powiedziałeś wczoraj.
- Wiem, że wiadomość ta była dla Ciebie szokująca, lecz chciałbym dziś wieczorem Cię przedstawić paru osobom – powiedział, siadając do stołu naprzeciw Cate – chciałbym Cię także poinformować, iż przywiozłem Ci twoje rzeczy i sprzęt, który używałaś jeszcze w bractwie rycerskim w Polsce.
- Dziękuję, ale nie trzeba było – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się pod nosem – sama mogłabym przecież to załatwić.
- Gdyby nie to, że twoja osoba jest tak rozpoznawana, nie zrobiłbym tego. Po prostu nie możesz się na razie wychylać, bo…
- Bo mnie ktoś znowu porwie? – roześmiała się Cate – chyba sobie żartujesz. Przecież nikt poza Tobą nie wie, że tu jestem. Chyba że czegoś nie wiem.
- W sumie to wiesz wszystko, co mogłem ci powiedzieć – odparł Balthasar, speszony tonem dziewczyny – reszty się dowiesz wieczorem.
Dzień upłynął Cate spokojnie. Wieczorem, zgodnie z zapowiedzią Balthasara, mężczyzna przedstawił Cathie paru osobom. Byli to prof. Gregory Novak – psycholog, psychiatra i naukowiec zarazem, oraz paru dominikanów. Gdy Balthasar przedstawił Cate zebranym, ni stąd, ni zowąd profesor nagle wypalił:
- Bardzo mi miło panienkę poznać. Jednakże chciałem się zapytać, czy ma panienka przy sobie może swój sztylet?
Wszyscy naokoło w chwili wypowiedzenia tych słów zamilkli i spojrzeli ze zdumieniem na profesora. Zapytana Cate także nie mogła wydusić z siebie niczego, lecz by przełamać tę nurtującą ciszę, odparła:
- Tak, Bal… znaczy Mr Balthasar sprowadził moje rzeczy z Miami, i wśród nich znajduje się wspomniany sztylet.
- W takim razie – powiedział profesor zwracając się do Balthasara – proszę przynieść panience jej rzeczy, sir. Niestety, czas nas nagli, więc pański pośpiech jest nadzwyczaj wskazany.
Balthasar przykazał lokajowi, by przyniósł rzeczy Cate. Ten wyszedł, a po paru minutach przyniósł dużą, podłużną paczkę zawiniętą w brązowy papier i zawiązaną sznurkami. Dziewczyna rozwinęła pakunek, i z pochwy przy pasie zapakowanym w ten pakunek wyciągnęła sztylet, którego ostrze było ukształtowane jak sierp. Jedyną zasadniczą różnicą było zdobnictwo i starożytne napisy na tymże ostrzu oraz złocenia i drogocenne kamienie na rękojeści.
- Czy to ten sztylet, profesorze? – zapytał jeden z dominikanów, wyglądający na najstarszego z przybyłych.
- Bracie Kasjanie, mogę z całą pewnością stwierdzić, iż jest to Moondancer – odparł profesor.
- W takim razie – odparł Balthasar – co zamierzacie zrobić? Bo jeżeli chodzi o „przejażdżkę” do opactwa, to nie zgadzam się, by Cate tam jechała. Według mnie to zbyt niebezpieczne.
- Oh, Balthasarze, Balthasarze – powiedział Kasjan, kiwając głową – choć jesteś Strażnikiem, wciąż nie potrafisz oddzielić obowiązku od nadgorliwości. Czyż nie wiesz o tym, że legenda głosi, iż córka tej, która ukradnie sztylet, musi go zwrócić tam, gdzie jest jego miejsce? A tym bardziej powinieneś wiedzieć, że miejscem Moondancera jest kaplica w opactwie Lyndhurst.
- Dobrze, sir – zgodził się niechętnie Balthasar – w takim razie jeżeli Cate ma wyjechać, odczekajmy parę dni. Przyjechaliśmy dopiero wczoraj, a poza tym jeszcze nie jest dostatecznie bezpiecznie, by Cathie mogła spokojnie być doprowadzona do opactwa.
Dominikanie wraz z profesorem przystali na taki układ, i zaplanowali wyjazd na następny tydzień. W czasie tegoż tygodnia dopowiedzieli parę szczegółów do opowieści Balthasara, przez co Cathy miała jaśniejszy pogląd na całą sytuację i jej powagę. Ona sama dziękowała za opiekę i pomoc przepięknym śpiewem, gdyż co wieczór, gdy wszyscy siadali przy kominku w salonie, ona śpiewała pieśni rycerskie, których nauczyła się jeszcze w Polsce.